Rozdział 18

Prawdziwy pan. Pierwszy krok.


- John, jest coś jeszcze. Z tym, że ta wiadomość na pewno znacznie bardziej ci się nie spodoba.
- Po prostu powiedz - odrzekł, czując, że faktycznie wiadomość, jaką zaraz usłyszy nie przypadnie mu do gustu. W najlepszym wypadku. Ton głosu Hisato wróżył, że znienawidzi ją od razu. Dlaczego tamten musiał przekazywać złe wiadomości w ten sposób? Wbrew pozorom, John wcale nie był przez to lepiej przygotowany na ich przyjęcie, a jeszcze bardziej spięty.
Wolną ręką nerwowo zastukał w udo. Czekał na nieuniknione mocniej zaciskając palce na trzymanym przy uchu telefonie.
- Chodzi o transport. Ten transport...
- Co z nim? - zapytał, przerywając przyjacielowi w pół zdania, choć tak naprawdę już wyobrażał sobie, co zaraz usłyszy. Złe wieści lubił poznawać szybko.
- Policja go przechwyciła. Ciężarówki wyjechały z portu już załadowane, zgarnęli je niedługo potem. Czekali na nie tuż za miastem.
- Kurwa mać! - zawołał głośno. Na to nie był przygotowany. Nigdy by nie był. - Jakim cudem nas przejrzeli? Kurwa! Przecież wszystko było dopracowane! Nie wierzę, że ci popierdoleńcy byli do tego zdolni! No kurwa, nie wierzę!
Hisato, wydawałoby się, w spokoju wysłuchał do końca wiązanki szefa. John za długo go jednak znał, by nie wiedzieć, że tamten zareagował podobnie na tę wiadomość, a może nawet gorzej. Miał za to czas, żeby oswoić się z nią i zaakceptować taką, jaka była, by teraz przekazać ją dalej w ten sposób.
- Nie wiem – mruknął, kiedy John skończył wreszcie przeklinać. Musiał też w tym czasie zapalić papierosa, bo zrobił pauzę, a John był pewny, że właśnie się nim zaciągał. - Przyznam ci się, że nie mam pojęcia, jak to się stało. Wydawało mi się, że wszystko było dopięte na ostatni guzik. Bo było! Kurwa, było! - Teraz i on podniósł głos, jednak szybko się uspokoił. - John, ktoś musiał dać im cynk. Nie widzę innej możliwości.
- Daizo? Myślisz, że ten kutas miał z tym coś wspólnego? - Jako pierwszy na myśl przyszedł Johnowi właśnie on.
Hisato milczał chwilę.
- To zaczyna być wkurwiające, ale jeśli to nie on, to...


Prawie dwa lata zdobywania kontaktów i niemal rok dokładnego planowania całego przedsięwzięcia. Majątek wydany na przekupywanie ludzi, na uzyskiwanie informacji, zapoznawanie się z terenem i oczyszczanie trasy ze wszelkich „brudów”. Tyle czasu i trudu włożonego na tuszowanie całej akcji, na eliminowanie przeszkód...
Ten jeden transport wart był fortunę. Niemal jedną trzecią tego, co posiadał teraz. I zniknął, tak po prostu. Jakby go nigdy nie było. Ich cały wysiłek zdał się na nic.
John miał wrażenie, że nie wściekł się tak bardzo nawet wtedy, gdy wysadzono w powietrze jego ulubiony samochód i nawet, kiedy podejrzewał, że chciano go w ten sposób zabić. Teraz czuł, że osiągał swój limit. Docierał do jakiejś granicy i miał wrażanie, że zaraz wybuchnie. Jeszcze chwila i rozsadzi go od środka. To było nieuniknione. Bo ile może znieść człowiek, kiedy wciąż cos idzie nie po jego myśli?
- Kurwa! - Uderzył pięścią w podłokietnik kanapy, lecz na niewiele się to zdało. Nic nie poczuł. Mebel ten był zbyt miękki, by mógł odreagować na nim swoją złość.
Nie zastanawiając się nad tym co robił, uderzył ręką w stolik, po czym błyskawicznym ruchem zmiótł wszystko co na nim leżało, sprawiając, że spospadło na podłogę. Nie było tego dużo, zaledwie popielniczka i dwa wazoniki, z których jeden był wyższy od drugiego. Delikatna porcelana rozleciała się z donośnym brzdękiem na drobne kawałeczki. Niewielka strata. To jednak, w przeciwieństwie do poprzedniego zabiegu, dało jakiś efekt.
Wstał z kanapy. Ciężko mu było siedzieć, gdy był tak wkurzony.
„Opanuj się, John” pomyślał. „Teraz to i tak nic nie da”. Wziął głęboki oddech, po czym powoli wypuścił powietrze. Niestety, nawet to nie pomogło tak, jak powinno.
W tej chwili jego wzrok napotkał stojącego niedaleko niewolnika.
Mężczyzna zorientował się, że nastolatek wciąż patrzył na okruchy porcelany rozrzucone po podłodze. Dostrzegł, że mimo wszystko chłopak nie wydawał się przestraszony. Zazwyczaj przecież na byle co trząsł się jak osika, a teraz stał prawie spokojnie. Jednak w tamtym momencie to, czy jego wybuch gniewu zrobił na niewolniku jakieś wrażenie czy też nie, było dla Johna najmniej istotne.
Wciąż czuł wściekłość, której nie mógł pozbyć się zbyt łatwo. Była jak pożar, który wybuchnął nagle i którego nie mógł ugasić. Nie teraz, kiedy nie chodziło o błahostkę. Tym razem miał prawdziwy powód. Najgorsze było jednak to, że teraz już nic nie dało się z nim zrobić.
„A gdyby tak… „ pomyślał, wodząc wzrokiem po szczupłej sylwetce chłopaka. „Gdyby tak pomóc sobie trochę? Mógłbym odreagować… jakoś”.
Nagle milion myśli pojawiło się w jego głowie, lecz nie wywołały one u Johna poczucia chaosu. Wręcz przeciwnie. Wszystko wydało mu się takie proste, klarowne. W jednej chwili pojął to, czego tak długo nie potrafił zrozumieć. Nad czym głowił się tyle czasu. Coś, co do tej pory było dla niego nie do pojęcia, stało się jednoznaczne i czytelne. Zdziwił się jedynie, że tak długo zajęło mu odkrycie tak oczywistego faktu. Jak mógł tak długo pozostawać ślepy? Przez cały ten czas się oszukiwał. Wmawiał sobie coś, wiedząc doskonale, że było to zwykłym kłamstwem. Jak gdyby nie chciał dopuścić do siebie prawdy.
Wiedział. Tak naprawdę od początku wiedział, dlaczego kupił tego chłopaka. Było to tak oczywiste jak to, że teraz był dzień, a jutro znów wstanie słońce. Jak to, że Daizo maczał palce w tym co stało się z jego wartościowym transportem. Głupiec by tego nie zauważył! Ten nastolatek, który stał teraz przed nim, najzwyczajniej w świecie podobał mu się i to w sposób wyjątkowy.
Impuls? Chwilowy kaprys? Zaćmienie umysłu? Nie, o nie! Zwyczajne pożądanie. To wszystko.
„Nie dorabiaj sobie do tego filozofii, John”
Pragnął tego chłopaka odkąd go zobaczył. Poczuł, że musiał go mieć. Nie chciał, by nikt inny zabrał mu go sprzed nosa. Nie brał nawet pod uwagę takiej opcji. Już wtedy chciał mieć go na własność, wziąć go w posiadanie, by mieć na każde skinienie. Kupił go, stało się. Więc czemu wciąż się opierał? Przecież nie było mu go szkoda!
„Myślisz, że jesteś lepszy od tamtych? Nie, mój drogi. Jesteś takim samym zboczeńcem jak oni! Po prostu do tej pory próbowałeś się z tym kryć. Może przez to jesteś od nich nawet gorszy. Tchórz, zwykły tchórz i hipokryta...”.
W tej sytuacji John nie widział żadnego powodu, dla którego miałby wciąż trzymać się swoich zasad. Po tym, co sobie właśnie uświadomił, czuł, że były ona aż zanadto naciągane. Piękne, ale miały za mało wspólnego z rzeczywistością.
Poza tym, cała jego silna wola, która do tej pory podtrzymywała w nim chęć do ich przestrzegania, umknęła gdzieś i nie pozostało po niej śladu. Rozbiła się wraz ze stłuczonym wazonem. Lecz czy te zasady naprawdę liczyły się dla niego tak bardzo, jak sądził? Skoro potrzebował tak niewiele, by być skłonnym je porzucić? Czy kiedykolwiek miały jakąś wartość?
To rozpoczęło się już wczorajszego wieczoru. Zaczął uświadamiać to sobie powoli, w iście ślimaczym tempie. Pewnie przez whisky. Alkohol nieco mu przeszkadzał, bo zaćmiewał umysł, spowalniając ten ważny proces. Choć może było inaczej? Może to właśnie on pozwolił popłynąć jego myślom?
Słuchając opowieści Mority, człowieka, którego szanował i którego inteligencję doceniał, najpierw przyłapał się na tym, że wcale go nie potępiał. Nawet jeżeli jego upodobania wykraczały poza granicę tego, co John uznawał za normalne, stosowne czy dopuszczalne, nie czuł obrzydzenia. Potem naszła go kolejna myśl, która już zaniepokoiła go poważnie. Przyglądając się swobodnemu zachowaniu Mority w stosunku do swojego niewolnika, John doznał dziwnego uczucia. Było ono o tyle nieprzyjemne, że wywoływało w nim złość, powodu, której nie mógł odgadnąć. Męczyło go to, podsycało poczucie niemocy, która wprawiała go w stan jeszcze większej irytacji. Nie od razu potrafił nazwać uczucie, jakie nim zawładnęło. Dopiero w swoim domu, w swoim azylu, gdy zastanowił się nad tym przy butelce whisky wreszcie udało mu się określić je jednym słowem: frustracja. Na tym jednak się zakończyło.
Dopiero teraz pojął jej sens. I to również nie było niczym wyjątkowym. Żadne spektakularne odkrycie, nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej w świecie zazdrościł Moricie tego, od czego on sam wciąż się powstrzymywał. To było aż zbyt głupie i wiedział o tym. Chciał przespać się ze swoim niewolnikiem, spełnić swoje fantazje i stać się dla niego panem, jakim powinien być od początku. Prawdziwym panem, z krwi i kości.
Dlatego teraz nadszedł czas, by wykorzystać swojego niewolnika do odpowiednich celów. Teraz była idealna pora, miejsce również dopisywało, nie wspominając o okolicznościach. John nie widział żadnych przeszkód, dla których nie miałby nie pomóc sobie w ujściu złości. Miał zamiar wyładować się na chłopaku, odstresować się, zrobić to, co zrobić chciał już od dawna i dopiero wtedy myśleć nad dalszym rozwiązaniem gnębiącego go problemu.
Idealny plan. Doskonały w swej prostocie. Czyż takie nie są najlepsze?
Nim otworzył usta, zawahał się po raz ostatni. Ale wątpliwości już nie istniały, zamknął je głęboko w sobie.
- Do sypialni. Natychmiast – rozkazał, brzmiąc przy tym jak prawdziwy pan.




Ton pana, gdy wydawał mu to polecenie może i był bardziej stanowczy niż zwykle, ale w Akim nie wzbudził żadnych podejrzeń. Chłopak bez zastanowienia ruszył w kierunku schodów, bardziej próbując wyciągnąć jakieś wnioski z wcześniej zasłyszanej rozmowy telefonicznej pana, niż zastanawiając się nad tym, co jego właściciel mu szykował. Prawdę mówiąc, pierwsze o czym chłopak pomyślał to to, że pan zamknie go w sypialni i pójdzie sobie, zostawiwszy go samemu sobie aż do wieczora i nie była to raczej zbyt przyjemna myśl. Chociaż… mógłby wtedy odpocząć. Patrząc na to od tej strony brzmiało to już o wiele lepiej.
Coś się stało i to coś bardzo ważnego. W dodatku, raczej było to coś, co nie zgadzało się z wizją pana, bo to jak zareagował na to, co musiał usłyszeć wcześniej, wydawało się mówić samo za siebie. Chłopak chyba jeszcze nie widział go tak potwornie wściekłego! Bywało, że pan się denerwował, ale Aki nie przypominał sobie, by ten kiedyś był w takim stanie.
Mimo wszystko, nie bał się. No, może troszeczkę. Uznał, że on przecież nic nie zrobił. To nie on zdenerwował pana, więc nie miał się czego bać. Brał pod uwagę fakt, że pan mógł się na nim wyżyć, ale z jakiegoś powodu wydawało mu się to mało prawdopodobne. Mógł się mylić, ale nie sądził, by pan to zrobił. Może był zbyt naiwny w tamtym momencie, albo zbyt zaufał swojemu szczęściu. A może po prostu po tym, co przeżył wczoraj, dzisiaj nie potrafił bać się już tak bardzo? Może wyczerpał swój limit? Albo był tym zbyt zmęczony? Bo nie mógł powiedzieć, że było mu wszystko jedno. Nawet teraz. I pewnie, gdyby pan zrobił coś bezpośrednio wymierzonego w niego, zacząłby się bać na poważnie. Na razie jednak nic takiego się nie stało, więc nie panikował na zapas.
Aki dotarł do schodów i powoli stawiał stopy na kolejnych stopniach. Pan go nie pośpieszał, więc nie widział powodów, by robić inaczej. Plecy i bark wciąż go bolały, marzył o tym, by położyć się i przespać trochę w jakiejś wygodnej pozycji. Miał nadzieję, że wkrótce jego ból minie. Liczył na to, że sen pomógłby mu go ukoić i może nawet, gdy otworzyłby znowu oczy, zniknąłby na zawsze.
W pewnej chwili, przy kolejnym kroku, Aki przypomniał sobie coś, czego nie spodziewałby się przypomnieć w tak nieodpowiedniej chwili. Nie wiedział, czemu nagle w jego głowie pojawiła się myśl, że drewniane, eleganckie schody tak różniły się od tych, po których niemal codziennie wchodził i schodził, gdy jeszcze był… w domu.
To było takie odległe, jakby od tamtych czasów minęły całe wieki. Albo jakby to nie były wspomnienia jego życia, a jakiegoś serialu czy filmu obejrzanego w telewizji.
Nie zasmuciło go to a rozbawiło. Uśmiechnął się nieznacznie, szybko powracając do swojej naturalnej miny.
Kolejny schodek, kolejny krok…
Chłopak nie wyczuwał zbliżającego się zagrożenia.




Szedł za niczego nie świadomym nastolatkiem, utwierdzając się w swojej decyzji. Nie było mu trudno tłumić w sobie wszelkie nieliczne myśli, mówiące, że nie powinien tego robić, że jeszcze był czas, by zmienić zdanie. Ich krzyk niemal natychmiast zamieniał się w cichy szept, stający się już po chwili zupełnie niesłyszalny.
Każdy krok przynosił mu większą pewność. Pozwalał sobie na coraz śmielsze fantazje.
John nie odzywał się na razie nawet słowem. Był zbyt zajęty bezwstydnym gapieniem się na tyłek chłopaka, którego dotknąłby najchętniej od razu. Uśmiechał się pod nosem na samą myśl tego, co czekało go już wkrótce.
- Szefie! - usłyszał w pewnym momencie, choć wołanie to dotarło do niego z pewnym opóźnieniem. Wyobrażenia zbyt go pochłaniały. - Szefie! - służąca jednak nie przestawała i wreszcie John oprzytomniał.
Zatrzymał się niechętnie. Odwrócił i zobaczył kobietę stojącą na dole przed schodami.
- O co chodzi? Jestem zajęty – mruknął i nie zabrzmiało to zbytnio przyjacielsko. Kobieta jednak miała spore doświadczenie i humorki szefostwa, u których pracowała przez całe swoje życie, nie robiły na niej wrażenia. Tym razem było podobnie.
- Jest telefon ze szpitala – Dopiero teraz John zorientował się, że służąca trzymała w rękach słuchawkę i wyglądała na przejętą. Na swój sposób, oczywiście. - Chodzi o pana brata.
- O Marka? - Pomyślał, że kobieta chyba żartuje, ale jej twarz i poważny ton wskazywały na coś odwrotnego.
- Tak – odparła, choć nie było to już potrzebne. - Sądzę, że powinien pan odebrać.
- Czekaj tutaj– rozkazał chłopakowi, odwracając się i pokazując na niego palcem. Potem szybko zszedł ze schodów i przejął telefon od służącej, niemal wyszarpując jej go z ręki.
Czuł, że stało się coś niedobrego. Miał złe przeczucia i bał się tego, co mógł usłyszeć. Nie wiedział jak zareagowałby, ani co by zrobił, gdyby Markowi stało się coś poważnego. Gdyby… Nie, nawet nie chciał o tym myśleć! Wszyscy, tylko nie on. Nie jego brat.
Ale co Mark robił tutaj? Przecież powinien siedzieć w Anglii! Dlaczego rodzice pozwolili mu przylecieć, skoro wiedzieli co działo się w mieście?
Całe podniecenie zniknęło, jakby nigdy go nie było. W tym momencie nawet przez myśl nie przeszły mu podobne bzdury. Całkowicie zapomniał o istnieniu swojego niewolnika, chociaż ten stał wciąż w zasięgu jego wzroku, wystarczyło, by tylko uniósł lekko głowę.
- Halo? Słucham? - po chwili po drugiej stronie usłyszał uspokajający, kobiecy głos, który niestety nie przyniósł mu ulgi.




„Telefon ze szpitala? Ciekawe co się stało” pomyślał sobie. „Pan ma brata?” ta informacja była znacznie ciekawsza.
Aki oczywiście nie wiedział jaką wiadomość przekazywano właśnie jego panu, jednak wyglądało na to, że coś musiało się wydarzyć. Pan, gdy oddał telefon starej służącej, tej, której chłopak akurat nie lubił, wciąż wyglądał na zaniepokojonego. Aki przypuszczał, że martwił się o swojego brata. On też martwił się i w duchu miał nadzieję, że nic groźnego mu nie dolegało i szybko wyzdrowieje. Chociaż nie znał go nawet i sam nie wiedział, dlaczego miałby mu współczuć.
Aki myślał już, że pan zupełnie o nim zapomniał, kiedy to w końcu kazał mu natychmiast udać się do sypialni.
- Odprowadzisz go, wiesz co robić – nakazał natomiast służącej, która podążyła za chłopakiem nie odzywając się do niego. Sam wbiegł po schodach i skierował się do gabinetu. Aki widział jeszcze, jak otwierał drzwi i wchodził do środka.
Nie wiedział co pan robił dalej, bo służąca już zdążyła go zamknąć w sypialni. Potem słyszał jeszcze tylko głośne kroki na korytarzu, wskazujące na spory pośpiech. Aki domyślał się, że pan być może jechał zobaczyć brata. Choć mógł się mylić. Pan mógł w końcu jechać gdziekolwiek i chłopak podejrzewał, że nigdy nie będzie mu dane się tego dowiedzieć.

Minęło godzina, może dwie, a pana nie było. Aki przeczuwał, że pewnie długo go nie zobaczy. Poza tym, był strasznie zmęczony i miał wrażenie, że bolało go już dosłownie wszystko. Nudził się, chociaż i tak nic mu się nie chciało. Nawet nie miał ochoty poczytać, mimo że książka leżała na wyciągnięcie ręki. Jedyne czego pragnął, to choćby krótka drzemka. Był strasznie niewyspany i czuł się totalnie wyczerpany, a przecież dzisiejszego dnia praktycznie nic nie robił.
Chociaż pan nie pozwolił mu ostatniej nocy spać ze sobą, chłopak postanowił zaryzykować. „Prześpię się chwilkę, pan i tak pewnie wróci późno, najwcześniej wieczorem. Może nawet nie zauważy” myślał, ziewając. Siedział właśnie na łóżku i strasznie kusiło go, żeby położyć się na mięciutkiej pościeli. „A nawet jak zauważy… nie, na pewno nie”.
Oczy same mu się zamykały. „Tylko chwilka…” myślał. W końcu poddał się i położył w pozycji, w której było mu najwygodniej i najmniej bolało. Było mu teraz tak dobrze! Tak wygodnie!
Nie zastanawiał się już nawet co pan mógłby mu zrobić, choć znał konsekwencje. Podświadomie czuł, że nic się nie stanie. Uległ więc pokusie i zasnął szybko, z zadowoleniem wtulając głowę w poduszkę.

Wielka sala w hotelu, w którym nie tak dawno był z panem. Pamiętał ją dobrze, zwłaszcza te ogromne kryształowe żyrandole, które przepięknie odbijały światło. Nie mógł się mylić, to był ten sam budynek, to samo miejsce.
Przyjęcie, mnóstwo ludzi. Każdy z nich ubrany elegancko, wytwornie, niczym z żurnala. On wyglądał równie dobrze, pasował do nich.
Ale coś było nie tak. Było zdecydowanie zbyt cicho jak na przyjęcie z taką liczbą osób. Żadnych rozmów, szeptów, krzyków. Nawet orkiestra milczała, choć chłopak widział ją dokładnie tam, gdzie znajdowała się ostatnim razem.
Aki miał wrażenie, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Ale nie widział w tym niczego niepokojącego. Przyjął ten fakt bez zastanowienia.
Właściciele wraz z swoimi niewolnikami stali wpatrzeni w jedno miejsce. Stali nieruchomo, jak manekiny, zastygnięci w dziwacznych pozach. Aki nie miał pojęcia co tak ich zainteresowało, z daleka niczego nie widział. Ale za wszelką cenę musiał się dowiedzieć. Był strasznie ciekawy. Czuł, że to sprawa życia i śmierci.
Zaczął przeciskać się pomiędzy ludźmi. Szedł prosto, jak zaprogramowany, nawet nie myśląc o tym, by wybrać inną drogę, na której miałby mniejszy problem z przedarciem się. Ludzie nie reagowali, kiedy przypadkowo ich popychał. Nawet nie spoglądali na niego z dezaprobatą. Jakby w ogóle go nie zauważali.
Nawet na moment się nie zawahał. Przecież to nic dziwnego. To naturalne.
Gdzie był pan? Dlaczego pana z nim nie było? Czyżby był tam sam? To zaniepokoiło go już bardziej.
Zaczął rozglądać się szukając wzrokiem znanej sylwetki. W końcu go znalazł. Pan stał wśród innych mężczyzn, niedaleko. Ruszył więc prędko w jego kierunku, byleby jak najszybciej się przy nim znaleźć.
Wreszcie udało mu się dotrzeć do niego. Stanął obok, ale pan jak gdyby go nie dostrzegł.
- Panie? - odezwał się, by zwrócić na siebie uwagę, ale jego właściciel nie reagował. Tak jak wszyscy inni patrzył w jedną stronę. Tak jak wszyscy, stał niczym posąg. Bez ruchu i jakby bez życia.
Aki spojrzał wreszcie na to, czemu każdy się tak przyglądał. W jednej chwili poczuł, że i on nie może się poruszać. Jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Był skamieniały, przytwierdzony do podłogi przez jakąś niewidzialną siłę. Chciał się odezwać, powiedzieć coś, krzyknąć, by usłyszeć swój głos, ale jego usta nie chciały się otworzyć. Jego wargi nawet nie drgnęły. Mógł tylko patrzeć i obserwować to, co działo się przed nim.
A wszystko działo się strasznie szybko, mimo tego Aki w mgnieniu oka zorientował się jaka scena się przed nim rozgrywała. Już raz był jej świadkiem. Wiedział, co się stanie, wiedział, jak miało się to zakończyć.
Dźwięki powróciły nagle. Aki jak zahipnotyzowany patrzył na wściekłego mężczyznę i znajdującego się przed nim, klęczącego na podłodze, chłopaka. Dla tego drugiego były to już ostatnie chwile na tym świecie. Niewolnik miał umrzeć za moment. Za mniej niż minutę jego pan miał wymierzyć mu najsroższą karę i zabić go na oczach wszystkich po tym, jak uznał, że już wystarczająco go poniżył. Ale chłopak mimo tego zachował godność do samego końca. Na tyle, na ile było to możliwe w jego położeniu, do końca nie pozwolił odebrać sobie swojej dumy. Nawet jeśli jego pan odebrał mu życie, na końcu nie był w stanie odebrać mu człowieczeństwa. Chłopak więc choć stracił wszystko, tak naprawdę wygrał.
Aki pamiętał doskonale, jak potępiał tego niewolnika. Myślał, że tamten zasłużył sobie na wszystko co mu się przytrafiło. W końcu dokonał wyboru, prawda? Gdyby tego nie zrobił, wciąż by żył. Był głupi, a głupcy tak właśnie kończyli. Nie należało się nad nim litować ani mu współczuć. Był żałosny. Najżałośniejszy spośród niewolników, bo splamił honor swojego pana.
Ale chłopak przez te kilka sekund, gdy Aki patrzył na niego, ciągle żył. Gdy mężczyzna unosił rękę, w której trzymał broń, gdy wycelowywał w swoją ofiarę, Aki wiedział, że nie chciał tego oglądać. Nie chciał widzieć tego. Ale nie mógł nic zrobić, nie mógł nawet zamknąć oczu, bo powieki mimo wysiłku nie chciały opaść. Nie mógł opuścić głowy, nie mógł uciec. Ciało całkowicie odmawiało mu posłuszeństwa, jakby nie należało do niego. Jakby ktoś zawładnął nim i teraz sterował z daleka.
„Nie, błagam, nie. Nie chcę na to patrzeć! Nie chcę widzieć jak on umiera!”
Wystrzał. Huk, który zadudnił nagle i rozniósł się echem po hotelowej sali.
Aki ujrzał jak kula roztrzaskała chłopakowi głowę. Jak popłynęła krew, dużo krwi, która splamiła całe jego ubranie, ale i rozbryzgała się wokół. Jak w jednej chwili niewolnik zgasł, jak skonał a jego śmierci przyglądało się mnóstwo ludzi.
Jednak zobaczył to już wyłącznie oczyma wyobraźni.
Potem wszystko zniknęło. W jednej sekundzie sala, goście, pan, a także mężczyzna z bronią rozpłynęli się, jak gdyby nigdy ich nie było. Pozostała ciemność, w której Aki nie był w stanie nic dostrzec. Mrugnął kilka razy, ale nic się nie zmieniło. Zauważył natomiast, że już bez problemu mógł się poruszać.
Trwało to może parę sekund. Później uświadomił sobie, że słyszy szum wody. Spokojne, kojące dźwięki fal docierały do jego uszu.
„Gdzie ja jestem?” pomyślał.
Ciemność odeszła, teraz już widział bez problemów. Ale to co ujrzał, zdumiało go. Stał właśnie na starym, drewnianym moście, który nie miał ani początku, ani końca. Ciągnął się w głąb morza, znikając za horyzontem. Ale to nie wszystko. To nie byłą jedyna niezwykła rzecz, jaką zauważył. Było coś o wiele bardziej nieprawdopodobnego. Zdał sobie sprawę, że morze, czy też ocean, był spokojny tylko po jego lewej stronie. Tam też świeciło słońce, niebo było bezchmurne, a woda przejrzysta, lazurowa. Po prawej natomiast szalał sztorm, a morze ukazywało całą swoją potęgę. Woda była czarna, lecz spieniona. Fale unosiły się nieokiełznanie, niebo pokrywały gęste, ciemne chmury, z których deszcz lał się strumieniami, a w oddali można było dostrzec złowrogie błyskawice. Jednak burza ta choć tak blisko, nie dosięgała go. Ani wiatr, ani deszcz nie docierały do niego. Mógł oglądać ją tak, jakby patrzył się na obraz telewizora. Nie słyszał też jej brzmienia. Wciąż towarzyszyły mu wyłącznie relaksujące dźwięki dochodzące z lewej strony.
Gdy przypatrywał się tak temu niepojętemu zjawisku, nagle usłyszał za sobą śmiech. Był to śmiech szczery i wesoły, jakiego chłopak dawno nie słyszał. Aki nie bał się go. Nie czuł, by musiał.
Odwrócił się, a wtedy jego oczom ukazała się kolejne nieprawdopodobne zjawisko. Przed nim stał blady jak papier, roześmiany niewolnik z wielką dziurą w głowie i plamami skrzepniętej krwi na twarzy. Jego ubranie także było nią ubrudzone lecz on zdawał się nic sobie z tego nie robić. Gdy skończył się śmiać, po prostu uśmiechał się do Akiego i patrzył na niego rozbawiony.
Aki natomiast nie wytrzymał. Nie rozumiał co działo się wokół. Przecież to szaleństwo!
- Ty nie żyjesz! - krzyknął i cofną się o krok, gdy chłopak wyciągnął do niego rękę i próbował się zbliżyć. - Przecież ty nie żyjesz! Zastrzelił cię! Twój pan cię zabił!
- No tak – odparł chłopak, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. Po czym dodał spokojnie. - Ale ty też nie żyjesz. Jesteśmy tacy sami, Aki. Obaj nie żyjemy.
- Co? - oniemiał na moment, po czym zaprzeczył szybko. - Nie, ja żyję. Co ty mówisz? Przecież nic mi się nie stało. Nie umarłem. Ja tylko śnię. Zasnąłem, a to tylko sen. To wszystko mi się śni – tłumaczył.
- Aki, dobrze się zastanów – mówił, poważniejąc. Jego rysy nagle wyostrzyły się. - Jak możesz żyć, skoro jesteś tylko marionetką w rękach swojego pana. To on pociąga za sznurki, ty nie możesz się sprzeciwić i robisz wszystko, co on ci każe. Całkowicie nad tobą panuje. Czy to jest życie?
- Lepsze to niż bycie martwym – odpowiedział natychmiast.
- Czyżby? - chłopak zaśmiał się, tym razem kpiąco. Wyglądał przy tym na starszego niż był naprawdę. I znów Aki pomyślał, że ten chłopak kogoś mu przypominał.
Minęła chwila, po czym Aki zadał niewolnikowi pytanie, jakie gnębiło go od dawna.
- Dlaczego tak bardzo chcesz być wolny? - zapytał, ale zaraz poprawił się. - Dlaczego chciałeś, skoro i tak umarłeś?

Wszyscy patrzyli na niego. To on stał teraz przed tymi obcymi ludźmi. To na niego się gapili i to na nim miał dokonać się wyrok. Pan, jego własny pan, celował do niego tą samą bronią, z której zginął nieposłuszny niewolnik. Ale chłopak nie widział jego wzroku. Cała twarz była niewyraźna, zamglona, ale ją rozpoznawał.
Aki klęczał na marmurowej posadzce i wiedział, że zaraz umrze. Fakt ten miał zapisaną w głowie. Ale dlaczego? Po tym wszystkim co wycierpiał taki miałby być jego koniec? Nie, przecież on nic nie zrobił! Przez cały czas starał się jak mógł! Przekona pana, że to nieporozumienie. Zwykła pomyłka! Przecież to nie on próbował uciec, tylko tamten chłopak. Pokaże mu go. Niech to jego ukażą. On jest niewinny!
- Panie, to nie ja… - próbował powiedzieć, ale nie dokończył, bo pan strzelił do niego, nie wahając się nawet przez moment.
Nim sen się urwał, usłyszał jeszcze głos zabitego niewolnika: „Przecież obaj jesteśmy martwi”.

Obudził się nagle, z krzykiem. Cały zalany był potem, a po jego twarzy płynęły łzy. Nie kontrolował tego. Serce waliło mu, jak po przebiegnięciu maratonu. Długo nie mógł uspokoić oddechu i wciąż czuł się oszołomiony, skołowany. Przez chwilę nawet nie wiedział gdzie się znajduje, ale powoli dochodził do siebie.
„To był tylko sen. Zły sen, Aki. Żyjesz i wszystko z tobą w porządku” myślał. „Zwykły koszmar. Zapomnij o nim jak najszybciej, nie warto pamiętać takich rzeczy. Ale dlaczego śnił mi się tamten niewolnik? Czemu akurat on? Co to miało być?!”. Był zły, ale nie wiedział dlaczego. Przecież to tylko sen, nie miał na niego wpływu.
Gdy uspokoił się wreszcie, pomyślał: „Gadający trup” zaśmiał się pod nosem. „Brakowało tam tylko różowych obłoczków i łąki z kwiatkami. Byłoby tak samo bezsensownie, ale przynajmniej ładnie”.
Pół godziny później Aki już nawet nie pamiętał o swoim śnie.




John dotarł do szpitala najszybciej jak było to możliwe. Okazało się jednak, że jego pośpiech, choć godny uznania, nie był konieczny. Stan Marka był lepszy niż sądził, poza tym, od wypadku minęło sporo czasu, a on został powiadomiony dopiero niedawno, co było akurat sprawką samego poszkodowanego.
Teraz siedział na krześle, tuż przy łóżku, w którym leżał Mark. John z niepokojem wpatrywał się w brata, próbując sprawdzić, czy aby na pewno to co mówił lekarz było prawdą.
- Wciąż nie rozumiem, co tak właściwie się stało? Lekarz powiedział tylko, że miałeś wypadek i jakiś samochód omal cię nie potrącił. Ale jak do tego doszło? Szedłeś sobie, przechodziłeś przez ulicę i… co?
- Na przecież ci mówię! - Mark pomimo odniesionych obrażeń wydawał się wesoły jak zwykle. John nie wiedział, czy nie była to przypadkiem wina leków, jakie dostał. Choć stawiałby na to, że powinny mieć odwrotny efekt. - Ten samochód pojawił się znikąd! Zauważyłem go w ostatniej chwili i odskoczyłem, dlatego we mnie nie wjechał, ale za to walnąłem w jakiś… murek? Wiem, brzmi żałośnie. Ale nie jestem pewny co to było, bo od tamtego momentu już nic nie pamiętam. Podobno straciłem przytomność i ludzie mi pomogli. John, mógłbyś podać mi wodę? – poprosił. Mężczyzna podał mu szklankę. Ten napił się trochę, po czym oddał szklankę bratu i kontynuował. - W każdym razie miałem szczęście, że ten samochód mnie nie przejechał. Pecha też miałem, bo w końcu złamałem sobie na tym murku rękę. Lekarz mówił też coś o wstrząśnieniu mózgu, ale ja mu nie wierzę. Mówię ci, czuję się świetnie. Poza tym mam tylko parę skaleczeń i siniaków, no i potłukłem się trochę, ale chyba nie jest tak źle. Mogło być o wiele gorzej.
- Tak, mogło być – John przytaknął, ale widząc jak blady był Mark i tak martwił się o niego. - A pamiętasz może co to był za samochód?
- Samochód? - zdziwił się. - Nie… Jakiś zwykły wóz, wydaje mi się, że hatchback. Ale jaka marka? No nie wiem. Toyota? Nie, naprawdę, nie pamiętam, to się działo za szybko. A dlaczego pytasz?
- Zastanawiam się, czy to na pewno był wypadek – John stwierdził, że nie było sensu ukrywać tego przed Markiem.
- Tak myślisz? - zapytał, ale szybko zmienił temat. Najwyraźniej nie obchodziło go to tak bardzo, jak powinno według jego starszego brata. - John, wiesz, mam do ciebie prośbę...
- Jaką prośbę?
- Chciałbym, żebyś wyświadczył mi przysługę – John kiwnął głową, a Mark z niepewnym uśmiechem zaczął mówić dalej. - Opowiem ci najpierw jak to było. Słuchaj, bo nie uwierzysz – John obawiał się tego, co brat chciał mu powiedzieć, ale nie przerywał mu. Tak zazwyczaj zaczynały się wszystkie pomysły brata, których on nie popierał. - Pamiętasz jak niedawno odwiedziłem cię? Na pewno pamiętasz. Ale nie o to chodzi. Wcześniej, na lotnisku, poznałem pewną dziewczynę… - Tutaj Mark opowiedział mu całą historię o tym jak doszło do spotkania i jak po krótkiej pogawędce zaprosił dziewczynę na kawę. - Później spotkaliśmy się jeszcze kilka razy i wydaje mi się, że chyba wpadłem jej w oko – John widział natomiast, że jeśli chodziło o jego brata, to dziewczyna ta chyba nie tylko „wpadła w oko” Markowi, ale ten całkowicie się w niej zadurzył. Nie odezwał się jednak słowem, pozwalając mu ciągnąć dalej jego opowiść. - Tak naprawdę John, strasznie mi się ona podoba. I chyba nie tylko to. Coś do niej czuję. Jestem tego prawie pewien.
- Dobrze Mark, ale o co chodzi? - starał się nakłonić brata, by wreszcie przeszedł do sedna.
- Właśnie miałem mówić. Chciałbym cię prosić, żebyś skontaktował się z nią. Od jakiegoś czasu w ogóle nie odbiera ode mnie telefonów – wyznał ze smutkiem. - Może powinienem zostawić ją w spokoju, ale wydaje mi się, że coś się stało i to dlatego się nie odzywa. Mówię ci, jestem pewien, że to nie tak, że nie chce mnie znać. Wszystko było między nami w porządku, powiedziałbym, że nawet lepiej, mieliśmy plany, no ale… Dobra, nie będę cię już zanudzał – stwierdził. - John, zrobiłbyś to dla mnie? Nazywa się Momo Kobayashi i mieszka gdzieś w tym mieście. Znalazłbyś ją i przekazał, że…
John już go nie słuchał. „Momo Kobayashi uciekła” w głowie Johna zadźwięczał rzeczowy głos Hisato. „Momo Kobayashi uciekła” usłyszał ponownie i był już pewny, że to ta sama osoba. To nie mogło być pomyłka. Nie, nie tym razem. Wierzył w zbiegi okoliczności, ale jeśli chodziło o tamtą dziewczynę, nie mogło być o tym mowy.
Trybiki w jego głowie zaczęły pracować intensywniej, niczym dobrze naoliwiony mechanizm, z każdą sekundą dając mu coraz jaśniejszy obraz sytuacji. To wszystko miało sens, pasowało do siebie doskonale. Widział to wyraźnie.
„A to dziwka!” pomyślał i zacisnął mocno dłoń, spoczywającą na krawędzi krzesła.
- John? Wszystko w porządku? Słuchasz mnie w ogóle?
- Tak – odparł opanowując emocje.
- W takim razie mógłbyś…
- To niemożliwe, Mark – przerwał mu.
- Jak to? Dlaczego? - zdziwił się jego brat i wyraźnie posmutniał. - Przecież to dla ciebie żaden problem odnaleźć ją i…
- Ona nie żyje.
- C-co? - zapytał jakby nie zrozumiał, co do John właśnie mu oznajmił. Ta wiadomość do niego nie docierała.
- Momo Kobayashi nie żyje – powtórzył wyraźnie.
- Ale jak to? Skąd ty wiesz, że ona nie żyje? - Mark spróbował podciągnąć się wyżej na łóżku, ale syknął z bólu.
John w tamtym momencie włożył wiele wysiłku w to, by wyglądać na szczerze smutnego i przejętego. Udawał z całych sił, jak bardzo było mu szkoda tego, co się stało.
- Wybacz Mark, nie wiedziałem… - zaczął grać najlepiej jak potrafił, by Mark się nie zorientował. - Nie wiedziałem, że coś cię z nią łączyło. Gdyby było inaczej nigdy nie dopuściłbym do tego. Przysięgam…
Do Marka z trudem docierał sens słów Johna. Wciąż nie potrafił uwierzyć, że jego Momo nie żyła. Był w szoku i nie mógł przyjąć myśli o śmierci ukochanej. Nie mógł uwierzyć w to, że to John, jego brat, przyczynił się do jej śmierci. Ale wreszcie zrozumiał wszystko i czuł się nie tylko zrozpaczony, ale i zdradzony.
Mark spoważniał, po czym zdrową ręką pokazał na drzwi.
- Wyjdź! - wrzasnął, bardzo nie w jego stylu. - Wynoś się! Nie chcę cię tutaj widzieć! - krzyczał.
John od razu wstał i wyszedł na korytarz rozumiejąc, że na razie tak musiało być. Mark musiał ochłonąć, trzeba było dać mu czas na to, by pogodził się z tym, że jego dziewczyna nie żyła. To musiało być dla niego trudne. Dla kogo by nie było? Rozumiał, że jego brat pewnie jeszcze przez jakiś czas będzie na niego wściekły i to także było naturalne. Nie przejął się tym więc w ogóle.
Przeszedł na sam koniec korytarza, by Mark jakimś cudem nie podsłuchał jego rozmowy. Usiadł na krześle stojącym przy automacie do kawy i wyciągnął telefon. Akurat w pobliżu nie kręcili się żadni ludzie.
Zadzwonił do Hisato, wcześniej czekając, aż pielęgniarka, która przechodziła obok, pchając przed sobą wózek, weszła do sali i zamknęła za sobą drzwi.
- O co chodzi? Jestem teraz trochę zajęty...
- Hisato? Musimy dorwać tę sukę i to jak najszybciej.

Po rozmowie z Hisato spróbował jeszcze zajrzeć do Marka, ale ten znów wyrzucił go z sali. Nim znów wyszedł, zauważył, że jego młodszy brat miał zaczerwienione oczy. Widocznie płakał. John nie widział, by to robił, odkąd byli dziećmi, a i wtedy zawsze się z tym ukrywał. Może ta dziewczyna znaczyła dla niego naprawdę sporo? Nawet jeśli tak było, John wiedział, że wszystko co zrobił, zrobił dla jego dobra. Mark pocierpi, ale wkrótce mu przejdzie.
Musiał chronić brata. To był jego obowiązek.
John stwierdził więc, że na razie nie było sensu na niego naciskać i że musi dać mu więcej czasu. W zamian zamienił parę słów z lekarzem i po raz kolejny upewnił się, że Mark miał się dobrze i jego życie nie tylko nie było zagrożone, ale i że wkrótce jego brat będzie mógł zostać wypisany.
John został w szpitalu jeszcze jakiś czas. Niechętnie zadzwonił do matki i poinformował ją o tym, co się stało. Przy okazji dowiedział się, że rodzice nic nie wiedzieli o podróży Marka, a gdyby wiedzieli, dołożyliby wszelkich starań, by zatrzymać go w kraju. John uspokoił matkę i przekonał ją, że nie musi przylatywać, choć było to nie lada wyzwanie. Skłamał w kilku kwestiach, ale liczyło się to, że odwiódł ją od tego pomysłu.
Potem zorganizował ochronę dla Marka, bo ciągle podejrzewał, że jego wypadek nie był tylko zwykłym zrządzeniem losu. Postarał się też o to, by ochroniarze byli w miarę dyskretni i zdenerwowali jego brata swoją obecnością.
Normalnie uznałby, że był przewrażliwiony. Ostatnio we wszystkim widział podstęp, spisek. Ale miał prawo. W końcu w jego „zawodzie” takie rzeczy były codziennością. A odkąd Daizo zaczął działać, musiał być przygotowany na każdą ewentualność.
Kiedy upewnił się, że zrobił już wszystko co w jego mocy, wyszedł ze szpitala, wsiadł do auta i pojechał do swojego „biura”. Tam wydał parę poleceń, upewniając się przy tym, że odnalezieniem „suki”, jak nazywał dziewczynę, która chciała wykorzystać jego brata, zajmą się odpowiedni ludzie.
Załatwił jeszcze parę rzeczy, które może nie zajęły mu zbyt wiele czasu, ale ostatecznie do domu wrócił dopiero wieczorem, gdy już zaczęło się ściemniać.
Przypomniał sobie o niewolniku, kiedy wchodził do środka. Przez tę całą sprawę z Markiem odechciało mu się wszystkiego. Nie był w nastroju. Poza tym, choć wcześniej był już pewny swojej decyzji, teraz znowu miał wątpliwości. Znowu wahał się i nie był pewny, czy faktycznie było to coś, co chciał zrobić. A nie chciał robić czegoś, czego później by żałował. Wiedział, że nie powinien podejmować pochopnych decyzji. To zazwyczaj niosło za sobą przykre konsekwencje. A on nie był człowiekiem, który tak postępował. To wcześniej… to tylko wypadek. Pod wpływem emocji uległ swoim pragnieniom, to wszystko. Ostatecznie do niczego nie doszło, z czego teraz był zadowolony. Jeszcze nadejdzie odpowiedni moment, ale dzisiaj już nie przewidywał, by skusił się na tego typu rozrywkę. Jeszcze kiedyś, może...
Nie był głodny, bo zjadł coś wcześniej, także gdy służąca przywitała go i zaproponowała kolację, podziękował i odmówił. Zapytał natomiast, czy jego niewolnik coś jadł. Służąca odparła wtedy, że tak, niedawno zabrała od niego puste naczynia.
John najpierw poszedł do gabinetu po klucz. Z tego co pamiętał, ostatnio schował go do szuflady biurka. Tam też go znalazł.
Otwierając drzwi do sypialni był już spokojniejszy. Sprawa transportu wciąż go prześladowała i kiedy tylko sobie o nim pomyślał, miał ochotę kogoś zabić. Dosłownie. Najlepiej tego, kto ich wydał, bo był coraz bardziej pewny tego, że to jakiś szpic od Daizo. Kierowca, który przejechał jego brata również by się nadawał. Ale temu miał zamiar zrobić coś znacznie gorszego, niż tylko go zabić.
Odetchnąć pozwalał mu fakt, że Mark był bezpieczny i pod doskonałą opieką. Co prawda podejrzewał, że to, co stało się z jego bratem także nie należało do przypadków, ale jeszcze nie wiedział, kogo za to ukaże. Bo tego, że zemści się na tym, kto to zrobił, nawet, jeśli minąć miałoby sporo czasu, zanim go dorwie, John był pewny. Na razie zastanawiał się czy to sprawka tatuśka „suki”, czy jej samej, czy może kogoś spoza tego kręgu, ale nie miał żadnych dowodów. Jednak wysłał już kogoś kto miał to sprawdzić, więc niebawem może uda mu się coś ustalić.
Dopiero gdy wchodził już do sypialni, jego myśli skierowały się ku niewolnikowi. John stwierdził, że na dzisiaj koniec rozmyślań i teraz pora już odpocząć.
Chłopak siedział na łóżku i czytał książkę. Nic więcej, po prostu spokojnie i grzecznie czytał sobie. Nie miał też na sobie bluzy. Tak jak wcześniej John mu rozkazał, nie założył jej. Ten przejaw posłuszeństwa bardzo przypadł Johnowi do gustu.
Kiedy wszedł, niewolnik spojrzał na niego zamyślonym wzrokiem. John dostrzegł ich zielony kolor, gdy zbliżył się do nastolatka.
- Witaj, panie - Mężczyzna uśmiechnął się minimalnie, kiedy chłopak powitał go tymi słowami. Nie przyznałby się do tego, ale humor nieco mu się poprawił.
- Ciekawa książka? - zapytał, stwierdziwszy, że pytanie niewolnika o to, jak mu minął dzień, stało się już zbyt nudne. - O czym jest?
- Tak, panie. Bardzo ciekawa – odparł chłopak. - Opowiada o ludziach z przyszłości, którzy starają się jakoś przetrwać na Ziemi po wojnie nuklearnej.
- Brzmi interesująco – stwierdził. Nie przypominał sobie, by czytał ją kiedyś. Ale to nie było ważne. - Wezmę prysznic, a potem zrobisz mi masaż. Muszę się zrelaksować – poinformował go. Pomysł masażu przyszedł mu do głowy nagle, ale z chęcią go przyjął.
- Tak, panie. Oczywiście – odpowiedź nie była trudna do przewidzenia, ale Johnowi miło było ją usłyszeć. Chłopak również musiał być w dobrym humorze, bo było to słychać nawet w jego głosie.
Mężczyzna zniknął w łazience, wcześniej zabierając z garderoby pozostawiony tam szlafrok, a chłopak czytał jeszcze paręnaście minut. Książka musiała go wciągnąć.
Wieczór zapowiadał się przyjemnie i taki też był. Nic już nie zakłóciło jego spokoju. John zasnął, przytulając do siebie niewolnika i mając wrażenie, że od tej pory wszystkie sprawy zaczną zmierzać w dobrym kierunku.
Ale nie wiedział nawet, jak bardzo się mylił.

-----------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że wszyscy przetrwali święta w miarę dobrze i nie pękli z przejedzenia :P Mnie niewiele brakowało.

Rozdział tym razem wyszedł dosyć długi, chyba nawet pobiłam swój rekord. Ale musiałam zawrzeć w nim wszystkie te wydarzenia. Co prawda długo wahałam się nad umieszczeniem tutaj snu Akiego, bo zajął więcej miejsca niż przypuszczałam, ale nie mogłam się powstrzymać (chociaż wiem, że nie należy on do najciekawszych fragmentów). Chyba zadziałał tutaj świąteczny klimat, ewentualnie przedawkowałam makowca :P 

Dziękuję wszystkim czytelnikom oraz osobom komentującym! Jestem naprawdę szczęśliwa widząc, że ktoś poświęca czas temu, co piszę :)
Ktoś niedawno zapytał, czy w tym opowiadaniu będzie wreszcie jakiś romans z uczuciami. Napiszę więc jeszcze raz, że tak, będzie. W końcu do niego dojdę. Albo do nich ;)

Co do rozdziału 19 - zastanawiam się, czy przypadkiem nie napisać go tak trochę krótszego (albo i więcej niż trochę), ale skończyć go szybciej? Mam dylemat :P

W każdym razie, mam nadzieję, że nie zawiodłam Was tym rozdziałem. Ale liczę na to, że podzielicie się swoją opinią, nawet jeśli będzie mocno krytyczna :) Do następnego!

21 komentarzy:

  1. Ahhh tenshi no.wiesz juz myślałam że bd wkoncu ta akcja a tu nic ehh normalnie jesteś mistrzem zaskoczenia. Hahaha
    Akcja się rozwija. Ciekawe jak to dalej pójdzie :) nie mogę się doczekać dalszej części
    Miły prezent na po święta :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No gdzie jakaś akcja, jak tu Marka przejechać chcieli? xD To nie moja wina, że wszystko się sprzymierzyło przeciw Johnowi. Wcale nie moja :P

      Dalej pójdzie do przodu. Chcę wreszcie parę wątków doprowadzić do końca. Tylko najpierw trzeba te najważniejsze rozwinąć.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  2. No rzeczywiście trzeba znieść jajo ale niech tam dzięki za rozdział:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Och, jak ty potrafisz grać na emocjach! Człowiek czyta, oho! Będzie gwałcik. A tu guzik.
    Jesteś okrutna, wiesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak pisałam wyżej. No jaki gwałcik jak tu biedny Mark prawie został rozjechany xD Ale to chyba dobrze z tymi emocjami?
      Tak, wiem, że jestem okrutna. Wiem...

      Usuń
  4. Rozdział genialny i wspaniały!
    Te opisy, zabiłabym, żeby robić to tak dobrze jak ty ;3
    Do tego ta cała złość Pana też była świetnie napisana, ale cieszę się, że zrezygnował z tego pomysłu, bo dzięki temu opowiadanie serio jest nieprzewidywalne, a ja i tak czekam na Happy End. No może taki nie do końca, ale zawsze.
    Co do wypadu Marka i całej tej intrygi to stanowi ona genialne tło dla całości.
    Weny i czekam na next <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, bez przesady. Tak wspaniałe nie są. Ale i tak dziękuję, bo to bardzo miły komplement :*
      Jeśli chodzi o Marka, to zdradzę tylko, że to jeszcze nie koniec historii z nim. Poza tym, szykuje się jeszcze jedna intryga i wygląda na to, że napisanie tego wszystkiego zajmie mi więcej czasu, niż sądziłam, stąd ta ankieta :D
      Pozdrawiam! ;D

      Usuń
  5. Rozdział jest cudny jak zawsze zresztą, naprawde potrafi wciągnąć. I ta miła atmosfera pod koniec.<3 Osobiście jestem fanką długich rozdziałów, zwłaszcza jeśli są pisane w taki ciekawy sposób. Naprawdę potrafisz zaskoczyć i chociaż niewiem jak byłabym pewna przebiegu akcji ty wymyślisz lepiej.
    Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału, życzę masy weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parę rzeczy mam zaplanowanych od dawna, więc jakoś to idzie...
      Ale miło, że spodobała Ci się końcówka. Chciałam właśnie zakończyć w jakiś przyjemny sposób :) Johnowi się należało, Akiemu również.
      Dziękuję i pozdrawiam! :)

      Usuń
  6. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale czy ileś rozdziałów temu Aki nie miał przypadkiem zielonych oczu? A tutaj piszesz, że niebieskie...
    Rozdzialik fajny właśnie w takiej formie IMO bo nie piszesz tak strasznie przewidywalnie, to jest olbrzymi plus :)
    Co do następnego rozdziału, to nie będę się wypowiadać. Jak zrobisz, tak będzie dobrze.
    Pozdrawiam i wszystkiego dobrego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ładnie, jaka wpadka! Gratuluję spostrzegawczości. Tak, masz rację. Aki ma zielone oczy. W pierwotnej wersji miał mieć niebieskie i widocznie spojrzałam się nie do tych notatek co trzeba, kiedy pisałam o tym. No nie, jaki wstyd ^^ Ale jak dobrze, że mi zwróciłaś uwagę. Muszę to od razu poprawić.

      Cieszę się za to, że udało mi się napisać ten rozdział nie tak przewidywanie :) Mam nadzieję, że tak będzie także w następnych częściach.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam! :)

      Usuń
  7. Cudowny rozdział! ^^
    Długi ? Skąd! >.< uwielbiam gdy w rozdziale można się zaczytać. Następnego nie skracaj. :)
    Świetnie piszesz i na serio z niecierpliwością będę czekać na następny rozdział.
    ^^ może coś "ciekawego" dodasz :3
    życzę weny :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo! Dzięki :D
      Chyba jednak nie będę się powstrzymywać z tą długością, bo nie ma sensu.
      Co "ciekawego" masz na myśli? Czyżby nie było dostatecznie ciekawie? :P
      Pozdrawiam!

      Usuń
  8. :D Zdrowia szczęścia i spełnienia wszelkich pragnień w 2016! Dzięki za przeczytanie mojego One-Shota i miły komentarz. Weny, weny i jeszcze raz weny. Czekam na pojawienie się wątku którego tak skrupulatnie unikasz ;) Raczej wszyscy na to czekają. I to w sumie tyle...

    Bye :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo i wzajemnie! (chociaż trochę po czasie. Norma.)
      Ja żadnego wątku nie unikam. Po prostu jeszcze nie nadszedł odpowiedni moment xD
      Pozdrawiam!

      Usuń
  9. Ech, jak zawsze nie zawiodłam się na nowym rozdziale. Akcja coraz bardziej się rozkręca, az zaczynam się bać o Johna. Ciekawe, z czym będzie się musiał uporać.
    Życzę weny. I tego, żebyś znowu się rozpisała w następnym rozdziale, aby było co czytać :3
    Ps. Ja tez nie mogę się doczekac TEJ sceny ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdarza się, że poważnie wątpię w to co piszę, ale czytając takie komentarze czuję jak wena do mnie przychodzi ^^
      John jeszcze nie wie, z czym będzie musiał się uporać, ale ja wiem i mogę zdradzić, że w pewnym momencie zrobi się całkiem poważnie.
      Zobaczymy, czy po następnym rozdziale, wciąż będziesz chciała "tej sceny" xD xD xD
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  10. Ohayo!
    Rozdział super jak zwykle, ale mam pytanie... Czy książka którą czytał Aki to "Metro 2033"?
    Wiem że pewnie nigdy nie przeczytasz tego komentarza, ale chciałam Ci powiedzieć że masz nową czytelniczke ^^
    Pozdrawiam
    Akhime ^~^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, wybacz, że odpowiadam dopiero teraz! Właśnie zauważyłam Twój komentarz :)
      Nie, ta książka to nie "Metro". Pisząc wtedy o tej wojnie nuklearnej nie miałam na myśli żadnej konkretnej książki :)
      Nowa czytelniczka? W takim razie witam Cię na moim blogu :) Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej :)
      Pozdrawiam! ♥

      Usuń
  11. och rozkręca się, chciał się na nim wyżyć, ale nie może, dobrze, że tak się skończyło, a ten sen przerażający...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń